Cause she was a fighter

namiętnie słucham i zachwycam się… https://www.youtube.com/watch?v=wJzoos4rE_o
to o mnie, myślę wtulając głowę w poduszkę kanapy na której od dwóch miesięcy spędzam każdą noc. tęsknię za moim łóżkiem w sypialni, tęsknie za byciem przytulaną, tęsknie za miłością. wiem, że wszystko to krąży nade mną i pozwala się czuć wyjątkową. wiem, wiem, wiem… ale ciągle nie mam nic. ciągle stoję w rozkroku, ciągle nie mam tego czego chcę. postanowiłam zwolnić. nie będę uciekała, nie będę goniła. będę robiła tak żeby było dobrze mi i żebym jak najmniej ofiar wokół siebie zostawiła. dzieci, ratować dzieci podpowiada sumienie i serce ale i siebie muszę przecież rozpieszczać… w końcu powinnam zacząć batalię o siebie. trudno jednak tak ciągle samej.

mi ja MY

wakacje dobiegają końca. czas wyjazdów i powrotów, wiecznego czekania na kogoś lub na coś … czegoś co mija wraz z pierwszym zimnym wieczorem i ciarkami na opalonej skórze. mijamy. mija i życie, moje dotychczasowe życie z umęczonym, mijają wspomnienia. z ramek wyjęłam nasze zdjęcia. schowałam bez żalu gdzieś głęboko. dzień płynie za dniem a my oddaleni od siebie jesteśmy już tak bardzo, że nie potrafimy ze sobą rozmawiać na żaden temat. zdawkowe informacje na temat dzieci rzucamy gdzieś w kuchni pomiędzy lodówką a karmieniem blondyna. wiem, że jak najszybciej musze się z tego wymiksować. muszę szybko zamknąć ten rozdział żeby odzyskać dawną siebie. żeby mieć radość z życia które przede mną. żeby nie bać się starości u boku człowieka którego nie kocham. uciekam zatem byle szybciej. w myślach projektuję co dalej, jestem spokojna tylko chciałabym już żeby to się skończyło. moje noce na niewygodnej kanapie, mój smutek, nerwy lalki.
żegnam się z mieszkaniem, bo pewnie je stracę, tego żałuję najbardziej. nie wiem jeszcze ciągle czy żałuję tych 17 lat z umęczonym, nie wiem czy można żałować w ogóle prawie połowy swojego życia bo było by to żenujące i świadczyć by mogło o głębokim nieszczęściu. więc postanawiam nie żałować. postanawiam zupełnie naturalnie przejść przez ten proces. włączając w niego smutek, żal, radość aż w końcu oczyszczenie. i tak czas wyleczy wszystkie rany. nawet złamane serce. podobno.

wa KAC je

lalka kończy pierwszą klasę testem w którym zdobywa 38 punktów na 42. poziom wysoki, czytanie ze zrozumieniem, wiedza ogólna z nauczania początkowego, matematyka, pisanie zdań. błąd w wyrazie „łonka” oraz „listopat” eh jestem dumna! brawo lalka!! ja jestem w szoku, co uświadamia mi jak bardzo nie wierzę we własne dziecko i jak bardzo ulegam przeświadczeniu, że nic nie umie. Moje luźne jednak podejście do nauki potęgują wspomnienia z dzieciństwa, z których wyniosłam jedną naukę, jak nie będziesz chciała się uczyć to się nie nauczysz i chuj. szkoła się kończy za 5 dni a ja kolejny raz stwierdzam , że ” mija życie jak woda , czoło chmurzy się częściej…” ale pogoda na szczęście widoczna na horyzoncie, choć dalekim to jednak daję nadzieję, na fajną przyszłość. może trudniejszą niż dotychczasowa, a może po prostu inną, ale moją.

blondyn wydaje się być bardzo rezolutnym i mądrym chłopcem z pierwszą raną ciętą na brodzie , wypadek na babcinym balkonie. czekam chwili kiedy zacznie mówić. widzę, że rozumie wszystko i bardzo mu z tym rozumieniem dobrze i naszym mówieniem za niego.

nie lubię wakacji , jak co roku myśląc o wyjazdach, przyjazdach, pakowaniach, wypakowywaniach, ściska mnie w dołku, ale podobno trzeba czasem opuścić miasto. tak czytałam, więc opuszczę pierwszy raz od roku. na 10 dni w lipcu.

od DZIAŁ

wchodzimy na oddział. przestraszeni, zdenerwowani i niepewni. blondyn nie wie co go czeka i mimo okropnego stanu swego zdrowia radośnie biega po szpitalnych korytarzach. po dwóch godzinach oczekiwania na izbie przyjęć dostajemy się na otolaryngologię i wręczona zostaje nam pościel dla rodzica a małe łóżeczko dla blondyna staje w pokoju obok drugiego również małego. od tamtej chwili, przez 10 dni nasz czas płynął w szpitalu pediatrycznym. dni wymierzały kroplówki, dożylnie podawane antybiotyki, pory szpitalnych posiłków i kilometry robione na stu metrowym korytarzu oddziału. od okna do drzwi od drzwi do okna. 10 tysięcy kroków dziennie. 5 tysięcy schyleń się aby wziąć dziecko na rączki, dwa tysiące klęknięć aby coś pokazać, podnieść lub przytulić. tak jak powiedział T. oddział na początku obcy po jednym dniu stał się drugim domem a w chwili wypisu miejscem na którego wspomnienie nawet łza się kręciła w zmęczonym oku. chcąc nie chcąc zżywasz się z lekarzami, pielęgniarkami i rodzicami. wiesz co komu dolega, kto co i dlaczego ma. przez obszerne okno obserwujesz świat na zewnątrz i myślisz, że najszersze słowa współczucia nie są w stanie wyrazić twojego szczęścia, ze ty i twoje dziecko przyszliście tu TYLKO na operację uszu a na drugim piętrze jest onkologia dziecięca. jednak na zawsze moja szklanka pozostanie do połowy pełna, bo tak mi się lepiej żyje. dzikie wprost zmęczenie powodowało wrażenie niemożności podniesienia nogi w drodze do domu. nadzieja zaś, że przecież za kilka dni, tygodni wszystko wróci do normy sprawiała, że łatwiej mi się stało nad obiadem dla lalki o 23.00. tylko te łzy kapiące do gara kalafiorowej…

feriEEEEE

dobiega końca pierwszy tydzień ferii. obok mnie z mokrą pieluchą tetrową na głowie w swoim białym łózeczku leży rozgrzany do 39,7 blondyn. zastanawiam się czy to ucho czy inna franca. jutro, ponad tydzień wcześniej, z ferii wraca lalka. z zaaplikowanym antybiotykiem, zdiagnozowaną anginą i koniecznością obserwacji w kierunku ewentualnej szkarlatyny. lalka pierwszy tydzień miała spędzić z babcią Z w Zakopanem. Jak się szybko okazało nie był to jednak najlepszy pomysł o czym ja wiedziałam już w momencie kiedy się pojawił padajac z ust umęczonego. na moje sprzeciwy usłyszałam banalne – nie nakręcaj dziecka przeciw babci itd… oczywiście oprócz ogromnej tęsknoty jaką odczuwała lalka od 5 dni (dopóki nie pojechał po nią tata) podwyższonej stale temeperatury, ogólnego smutku i rozbicia oraz chęci powrotu do domu moja córka nie czuła niczego innego. żal, takie chujowe ferie. oprócz tego wszytskiego życie mojej mamy w depresji której nie jestem w stanie pojąć doprowadza mnie do pewnej ściany w którą walę głową i mówię dość. proszę o odpoczynek. bądzcie wszyscy zdrowi, uśmiechnijcie się, nie lękajcie się i żyjcie. rozumiem jak cieżkie musi być życie kręcące się wokół stałego wsłuchwania się w samego siebie, w swoje odczucia, lęki i schorzenia. jak trudne musi być ciągłe myślenie o tym co mi jest i dlaczego. psychosomatyczne choroby gryzą niczym nachalny komar w ciemnym pokoju. leci nie wiadomo skąd i niestety trudno go zabić.

cieszę się

niesamowitym jest to, ze praca wchłania ludzi. i nie ważne czy nie było Cie w niej rok, dwa czy miesiąc to jakoś w ciągu zaledwie jednego tygodnia wdrażasz się tak, że nagle orientujesz się, że nie masz czasu na nic innego poza pracą w pracy. mi stuknęły już dwa. najgorsze jest to, że odczuwam potrzebę przebywania z moim dziećmi większą niż godzinę dziennie a to narazie trudne. miotam się pomiędzy lekcjami, zakupami, gotowaniem obiadu a tuleniem małego blondyna. lalka płącze, że wychodzę na pilates. rozlicza z każdej godziny, czuję się jak wyrodna matka a jednak warto robić rzeczy dla siebie i być w tym wszystkim egoistą. a może nie… typowe rozterki matki wracajacej do pracy po urlopie macierzyńskim. nie miałam takowych 6 lat temu kiedy wracałam po 5 miesiacach siedzenia w domu z moją córeczką. jakoś to lekko traktowałam, to pewnie przez wiek, przez to, że jestem starsza, że przewartościowałam swoje życie i cele. jestem o niebo spokojniejsza ale też i świadoma. widzę jak czas leci, jak rok minął a za nim kolejne. widzę jak starzeją się znajomi, rodzina, ja… napawa mnie to strachem przed śmiercią, jedynym lękiem z jakim nie potrafię sobie poradzić. dar życia i zdrowia czczę po stokroc bardziej niż kiedykolwiek do tej pory a jednak tak wiele błędów popełniam a potem leżąc zmęczona jak pies w łóżku myślę, że nie warto niczym się denerwować bo trzeba się cieszyć wszystkim!

wrrrr acam

dziś już ostatni wtorek mojego macierzyńskiego. spacer w mroźne przedpołudnie ze śpiącym blondynem w wózku. odwiedzam francuza tego samego w którym w lutym wypiłam pierwszą kawę z niespełna trzymiesiecznym dzidziusiem w wózku. siedziałam w słońcu, tak jak dziś, tylko przede mną był prawie rok laby a teraz zaledwie 4 dni… bardzo mi smutno i czuję się przygnębiona. jak ja udźwignę to wszystko. kiedy zrobie zakupy, ugotuję obiad dla dzieci i siebie, co z lekcjami, pilatesem, reha, spotkaniami, sprzątaniem…?
dzieci wiszą na mnie. blondyn przy nodze jak koala, uśmiechem rozbraja mnie na każdym kroku. lalka nadwrażliwa rozlicza mnie z każdego wyjścia łzami które wkurwiają mnie niesamowicie a jednak muszę i ja je przełykać i po raz tysięczny tłumaczyć, że mama ma prawo czasami wyjść i nie trzeba w okół tego robić afery.widać narazie trzeba.

mimo tego, że przebywam na emigracji wewnętrznej polegającej na absolutnym odcięciu się od polityki pis-u oglądam własnie debatę sejmową – pierwsze czytanie projektu o mediach publicznych. jestem załamana tą nowmową, tą chęcia wymiany wszystkiego i stworzeniem mediów partyjnych zwanych mediami narodowymi.

speł NIE nie…

minął rok od kiedy blondyn jest z nami. rok wzruszeń, dobrego życia, przepełniony miłością i zapachem małego dziecka w domu. zupkami, praniami i spacerami. dobry rok przy moich dzieciach. sześć lat temu z zapałem wracałam do pracy licząc niemalże dni do końca urlopu macierzyńskiego. tym razem jest inaczej. nie patrze w kalendarz, nie liczę godzin i dat a jednak… dekoracje świąteczne wokół mnie nieuchronnie przypominają mi, że mój czas z blondynem mija. praca czeka i to dobrze przecież, bo mogła by nie czekać i mogłabym w stresie wertować strony interentu szukajac czegoś nowego gdzie od początku jak sądzę za psie pieniądze musiałabym zdobywać wiedzę i wzbudzać zaufanie prostaków pędzących po szczeblach kariery. im jestem starsza tym wyraźniej widzę, że nie będę brała udziała w tej walce, że odnajduje się w zupełnie innych rzeczach tym samym myślę o zmianie pracy i robieniu czegoś co znowu mnie ucieszy, bo czyż o coś innego w życiu chodzi niż spełnienie?

.

leżę pod kocem. czuję każdą kosteczkę i każdy mięsień. z płyty sączy się jazz a ja popijam gorącą wodę z miodem i imbirem. czy to jest lekarstwo na miłość czy na prolaktynę? przeorał mnie ten tydzień jak dawno żaden. w pokoju obok zasnął własnie blondyn. być może z kolejnym zapaleniem ucha. w szkole siedzi lalka z plecakiem pełnym nowych literek. jakżesz te lekcje idą topornie. literki mieszają się w małej główce, słowa mylą i łzy kapią na zeszyty. nie mam cierpliwości. walę ręką w biurko i krzyczę jak może jej się myliś A z K… potem wyrzucam sobie własną głupotę. przypominam swojego ojca który stał nade mną i moim zeszytem z matematyki jak kat a ja marzyłam żeby to wszystko już się skończyło i żeby poszedł sobie do swoich obowiązków. dlaczego powielam ten beznadziejny schemat?
nie lubię listopada chociaż 27 w zeszłym roku dostałam piękny prezent od losu,

CZAsss

Deszcz siąpi za oknem. Od 20 dni z Blondynem nie byłam na spacerze. Po wirusie przyszło obustronne zapalenie uszu no i cały XVII Konkurs Chopinowski przesiedzieliśmy w domu Ale jakie to niezwyczajne tak od wczesnego ranka do późnego popołudnia słuchać Chopina. Mazurki słuchane podczas gotowania obiadu sprawiają, że obiad gotuje się praktycznie sam.
Juz wiem, że 4 stycznia wracam do pracy i staram się o tym nie myśleć. Czuję się przybita tą myślą i póki nie przyszedł jeszcze grudzień to staram się nie liczyć dni do mojego powrotu. Pamiętam jak w zeszłym roku miałam znikome pojecie o tym co mnie czeka i z taką lekką nerwowością spoglądałam w przyszłość, tymczaem lepszego roku nie przeżyłam już od dłuższego czas. W mgnieniu oka z Blondynem przy boku mineła deszczowa zima i piękna wiosna. Nasze pierwsze z blondynem wakacje nad morzem i pierwsze rozstanie na prawie 2 tygodnie. Widzę, że przywiązaliśmy się do siebie bardzo. Blondyn przy nodze asystuje każdemu niemalże mojemu ruchowi. W kuchni siedzi w foteliku i obserwuje z uwagą wszystko co robię. Żałuję po latach, że uciekł mi ten czas z Lalką…